Mój rok bycia Au Pair.


W tym wpisie chciałabym opisać i podsumować mój rok bycia Au Pair. Postaram się zrobić wspomnienia krok po kroku od samego początku, mam nadzieję, że się uda! Chcę pokazać co udało mi się zobaczyć, co się działo i jak po roku to wszystko widzę! Więc myślę, że będzie to długa opowieść.


Ja swój program zaczęłam 7 sierpnia 2017 roku. Tego dnia miałam lot z lotniska Chopina w Warszawie. Lot bezpośredni na Newark w New Jersey. Naszymi polskimi liniami LOT. Lot trwał z tego co pamiętam ponad 9h. Na lotnisko jechałam z mamą i Edytą, myślałam, że płakać nie będę, ale jak zobaczyłam inne dziewczyny obok mnie które zaczęły się żegnać z rodzinami, zaczęłam wyć razem z moją mamą, a potem jeszcze z Edytą. więc całą trójką stałyśmy i płakałyśmy! Gdy przechodziłam przez bramki, dalej miałam łzy w oczach.

Był to prezent od moich dziewczyn. Dostałam kilkanaście listów na wiele okazji! Naprawdę polecam taki rodzaj prezentu dla osób, które wyjeżdżają i nie tylko ,bo jest naprawdę super! Gdy jest Ci ciężko i widzisz charakter pisma bliskiej Ci osoby. 


Towarzyszki podróży! 

W drodze do Nowego Jorku. Totalnie nieświadoma tego co ją czeka po drugiej stronie. Przerażona, trochę niepewna i naprawdę nieświadoma tego jaka ta ameryka jest naprawdę. 

Po przylocie. 

3 dniowe orientation, które było i minęło. Było nudne, długie i Hilton miał obleśną kawę. tyle pamiętam. 




Cape Cod - na którym spędziłam pierwsze dwa tygodnie pobytu w USA. Dokładnie w mieście Falmouth. Dalej się śmieje, że było to takie typowe amerykańskie Władysławowo. 


 Typowy turysta kupił sobie bluzę, ale jest to najlepszy zakup w USA. Bo nic się z nią nie stało, a noszę ją cały czas!! 
Jak zawsze blisko wody. 

Opalanie i goldfishe, które wtedy jeszcze mi smakowały. Fuj. Jak na krakersy to są słabe!


19 sierpnia - pierwsza wycieczka do Bostonu. I pierwsze spotkanie po orientation z Kasią, które było znakiem i potwierdzeniem, że zostałyśmy travel buddy na ten rok. 




Prawie 5 kg szczuplejsza Gracjana hahahahahha! No cóż. 

27 sierpnia to mój pierwszy raz w Nowym Jorku z Olą, która stała się najważniejszą dla mnie osobą tutaj w Stanach, ale na ten temat to nie muszę się wypowiadać, bo to wiadomo! Uczucie, które towarzyszyło mi tego dnia pamiętam do dzisiaj. Było to podekscytowanie maksymalne, spełnienie marzenia życia, by móc zobaczyć Nowy Jork. Pamiętam gdy wysiadłam na Grand Central i kompletnie nie wiedziałam gdzie iść, a teraz Nowy Jork jest jak drugi dom i wiem co i jak bez zastanowienia. To był dzień w którym pierwszy raz byłam na Time Square, w central Parku, jechałam żółtą taksówką i zobaczyłam schody MET. 





Jeszcze miałam blond włosy haha! Nie to co teraz te resztki, ale już niedługo wizyta u fryzjera i zrobienie rzęs <3 I wrócę do normy. 


9-10.09.2017 
Gdy Kasia przyjechała pierwszy raz do Nowego Jorku. I zobaczyłam pierwszy raz Brooklyn Bridge i generalnie dzielnice Brooklyn. I zakochałam się bez pamięci. 




Jedno z moich totalnie ulubionych zdjęć z Nowego Jorku. 



Moje wizyty w Nowym Jorku, były dosyć regularne. Tutaj 24.09.2017  była to końcówka września, a było tak upalnie. Tego dnia byłam pierwszy raz w polskiej dzielnicy, na obiedzie w Karczmie, którą na maksa polecam i odwiedziłam także Ogród Botaniczny na Brooklynie. 


Polishgirl w Ameryce!  hahha! 



Z każdym weekendem w Nowym Jorku coraz bardziej zakochiwałam się w tym mieście. Mimo tego, że sezon letni jest tutaj ciężki przez tłumy, gorąc i ogromną wilgoć, jest super! Naprawdę nie ma takiego drugiego miejsca na ziemi jak Nowy Jork. Mimo tłoku i smrodu. Kocham Nowy Jork o którym zawsze marzyłam i to się nie zmieni nigdy. 

W październiku także zaczęłam robić swój 1 kurs w ramach kredytów, które au pair musi wyrobić podczas programu. Ja robiłam kurs na BMCC w Nowym Jorku i był to kurs, który kończył się weekendową wycieczką do DC. Więc polecam każdemu taką formę zajęć, przyjemne z pożytecznym! 



15.10.2017  kolejna niedziela w Nowym Jorku. Zwiedzałyśmy bibliotekę w Nowym Jorku i Chinatown! Może wydawać się to nudne, w każdą niedzielę jeździć do Nowego Jorku, ale naprawdę to miasto nigdy się nie nudzi i zawsze jest ogrom rzeczy do robienia i do zobaczenia. Chodzenie między ulicami w Nowym Jorku i odkrywanie nowych miejsc jest cudowne. 





28.10.2017 przyszedł czas na najbardziej amerykańskie święto, a mianowicie Halloween, które spędziłyśmy z Olą w Nowym Jorku! To jedna z imprez X. Mam nadzieję, że nasze snapy zapadły się pod ziemię i nikt ich nie pamięta. Ale było naprawdę super! Już mniej super było siedzenie na zajęciach kolejnego dnia rano! 

Bycie Wonder Woman na Halloween zaliczone! Nie mogło być lepiej, a o tym kostiumie już marzyłam zanim do Stanów przyjechałam. 


Naprawdę Halloween jest jednym z tym dni w roku, gdzie naprawdę wszystko wygląda tutaj inaczej. Na ulicach spotyka się wiele przebranych ludzi, wszyscy robią sobie zdjęciami z obcymi ludźmi i zaczepiają Cię na ulicy, że kochają Twój strój. Ameryka na 100%. 


A potem przyszedł listopad. Jest to miesiąc w którym praktycznie działo się bardzo dużo, ale był to najgorszy z najgorszych miesięcy w mojej karierze bycia au pair i bycia w USA. Było mi źle, chciałam wracać do domu, ciągle chciało mi się wyć i dzieci zaczęły pokazywać co potrafią. Miałam totalny homesick. Książkowy homesick po 3 miesiącach bycia w USA. Każdy dzień wyglądał tak samo i czułam się beznadziejnie. Nie wiem do końca z czego to wynikało, tak po prostu mnie uderzyło. Ale nie polecam i chciałabym zapomnieć. Mogę tylko powiedzieć, że później i do samego końca już nie miałam takich emocji jak wtedy. Miałam gorsze dni, ale to były zwyczajne złe dni, nie tak złe jak wtedy. 


Ale to własnie w listopadzie byłam drugi raz u Kasi w Bostonie, tym razem na cały weekend. Był to 4-5.11.2017 
Naprawdę Boston bardzo mi się podobał. Wiele osób mówi, że Boston jest nudny i brzydki i totalnie się z nimi nie zgadzam. Bo uważam, że miasto jest urocze i jest co w nim robić i co fajne jest spokojne i czyste. Totalne przeciwieństwo Nowego Jorku. 


Bostoński Manhattan <3 




A w kolejny weekend jechałam własnie na wycieczkę do DC w ramach kursu. I to własnie tam poznałam kolejne dwie agentki Esterę i Kingę. Tzn poznałyśmy się prędzej, bo już na kursie, ale trafiłyśmy razem do pokoju i miałyśmy bardzo dobry weekend razem. Święto Niepodległości 11 listopada spędziłam w stolicy USA. 






Były to także urodziny Oli. Więc wybrałyśmy się do Georgetown na piwo, by świętować 22 urodziny Oli. 


No i moje ulubione zdjęcie z Olą, które każda ma w ramce! 




Później w Stanach było Thanksgiving i Black Friday. Święto Dziękczynienia jakoś szczególnie mnie nie urzekło! Było miło, bo zjadłam obiad  host rodziną zjadłam indyka z żurawiną i słodkie ziemniaki! I tyle z tradycji.
A w Black Friday byłam na Long Island u Oli i poszłyśmy na zakupy do outletów i trochę kasy poszło, ale było warto! Dzień święty święcić. Promocje są naprawdę niezłe, więc warto było skorzystać i kupić kilka szmatek czy mgiełek z VS, które stały się moim uzależnieniem. 


Później minęło kilka dni i były moje urodziny, które świętowałam trochę szybciej, bo byłam z Kasią w Atlancie! Która trochę mnie zawiodła pod względem pogody, spodziewałam się ciepła, a na lotnisku przywitał nas deszcz, który później przerodził się w śnieg. No, ale kolejne miasto i stan zaliczyłyśmy! 





Głównym punktem wycieczki był Coca Cola World. Było spoko, coś innego, ale gdy posmakowałyśmy x różnych napoji gazowanych było nam nie dobrze. 


Punkt obowiązkowy w Atlancie. 

Choć moim numer jeden była wizyta w Covington w mieście, którym kręcili Pamiętniki wampirów. Miłość totalna i obiad w Mystic Grill. 

Czułam się jak małe dziecko w krainie czekolady. Naprawdę cudownie móc zobaczyć miejsce w którym kręcili jeden z ulubionych seriali! 






 Jak wróciłam do świętowałam urodziny z moją host rodziną. Było bardzo miło! 

Jeśli chodzi o święta Bożego Narodzenia w Stanach, to niestety mi się nie podobały. Według mnie nie mają one wartości, bo liczą się tylko prezenty :(  W Polsce mamy tradycyjne potrawy, zwyczaje. A tutaj tego niestety nie ma. Dzień przed świętami także się zatrułam, więc święta były cudowne hahah! 


Na święta przyjechali do nas rodzice hosta i dali mi prezent sposób w jaki zapisali moje imię jest uroczy. Babcia później mnie przeprosiła, że nie dopytała, ale pisała ze słuchu! Są to tacy kochani ludzie!! 

Później przyszła pora na Sylwestra i Nowy Rok. Z racji, że nienawidzę Sylwestra to nic nie planowałam. Wiedziałam tylko, że Kasia do mnie przyjeżdża i spędzimy 3 dni razem w Nowym Jorku i na mojej wiosce. 




Co mogę powiedzieć o Nowym Jorku zimą? Jest totalnie cruel jak to mój host powiedział. W tym roku było spokojnie z minus 20, gdy był Sylwester i Nowy Rok. I powiem szczerze, że minus 20 tutaj, a w Polsce jest zupełnie inne. Tutaj jest bardziej odczuwalne, wręcz przeszywa Cię do szpiku kości. Nie żartuje! 

I generalnie okres między listopadem a marcem to marudzenie i jęczenie na temat pogody i snow days. Jeśli ktoś oglądał mnie na snapie, pewnie miał mnie dość! Bo ciągle marudziłam, ale serio 2 cm śniegu albo jego brak i odwołana szkoła, bo TAK. Naprawdę snow days to największe utrapienie au pair!! 
Jeden z największych absurdów w USA. nie polecam. 

Ale choinka zobaczona! Mimo, że totalnie mnie zawiodła. Była jakaś taka mała, biedna :( 
W filmach zawsze wyglądała na lepszą. 


Kolejnym małym marzeniem w Nowym Jorku były dla mnie łyżwy w Central Parku. Mimo, że mistrzynią jazdy nie jestem, ale zawsze chciałam pojeździć na lodowisku na którym jeździli złodzieje w Kevina hahaha!  22 stycznia 2018 



Oczywiście z kim mogłam tutaj być jak nie z Olą. Miałyśmy z Olą te same swetry na sobie haha! 


Brooklyn Bridge <3 

Szczerze powiem to nie pamiętam zbytnio co działo się w styczniu, ani nie mam wielu zdjęć. Wiem tylko ze było cholernie zimno i nie chciało się żyć! Tylko siedzieć w domu! 


Ale za to luty był kolejnym sztosem! 

Zaczęło się od jednodniowego wypadu do Filadelfii. 





A później 17-23.02.2018 spełniłam marzenie życia i były to najlepsze wakacje w moim życiu. Pojechałam na Kubę, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że tak łatwo spełni się to marzenie. Przeszło to wszelkie oczekiwania. Kuba jest wspaniała, a język hiszpański i cała kultura latino totalnie mnie kupiła. 







Havana Girls i ulubienice naszego Pedra, który nie był Pedrem :( 

Po powrocie do USA była mała depresja powakacyjna i ciężki powrót do rzeczywistości. Bo było zimno i trzeba było pracować. A w sercu ciągle była Kuba. 

Gdy zaczął się marzec znowu zaczęłam jeździć weekendami do Nowego Jorku. Byłam między innymi w muzeum MET, ale totalnie mi się nie podobało. Chyba nie dorosłam do tego typu atrakcji, ale musiałam zobaczyć to muzeum, tylko z racji powiązania z Plotkarą, nic więcej. 


A pod koniec marca na Wielkanoc pojechałam z dziewczynami do Kanady. O mały włos byśmy nie pojechały, bo był problem z wypożyczeniem auta. Ale Ola działała dzielnie i wszystko się udało i tym samym Wielkanoc spędziłam nad Wodospadem Niagara. Było pięknie, ale myślałam, że efekt wow będzie większy! 
I wjechałyśmy na CN Tower, by móc podziwiać Toronto z góry. 

Byłyśmy też w Toronto. 


Estera to jeden z ulubionych ziomków tutaj, już wtedy zdecydowała, że jedzie z nami na travel month z Kasią! 

A gdzieś w okolicy marca albo kwietnia była mega wichura w stanie Nowy Jork. I w naszym domu nie było prądu przez tydzień i mieszkaliśmy u dziadków. Naprawdę masakra. Dużo miast było odciętych od prądu i tym samym od ogrzewania! Tysiące powalonych drzew, naprawdę gdy jeździłam po okolicy widok nie był za ciekawy, i tym samym szkoła też była zamknięta. I byłam przerażona, jak długo trwa naprawa prądu i linii energetycznych. Uważam, że w Polsce to max 2 dni, a tutaj tydzień, trochę żart.


A 3 tygodnie później Kasia przyjechała ponownie do Nowego Jorku z okazji swoich urodzin. Nowy Jork na urodziny tak od biedy. 


Głównym punktem wycieczki był wjazd na One World Observatory. Widok na Nowy Jork po prostu cudowny! 


I ulubione miejsce, czyli Brooklyn i widok na most brokliński <3 

A kwietniu także zrobiłam pozostałe 3 kredyty, które zostały mi do zrobienia! Tym razem wylądowałam na Long Island University i miałam zajęcia w zakresie marketingu i social media. Naprawdę super zajęcia były! 

Stały towarzysz zamieszania. Boże, ale będzie mi Oli w Polsce brakować, to jest niewyobrażalne dla mnie :( 



Później udało mi się w końcu wybrać na hike na Anthony's Nose miejsce, które znajduję się około 40 minut od mojego domu, więc w jedną sobotę pojechałam tam z Patrycją. Prawie umarłam, ale miałyśmy super dzień. 



Widok był przepiękny stamtąd! 


W Maju spontanicznie wybrałam się do Bostonu, a to z racji tego, że moi hości jechali na komunię i powiedzieli, że mogą mnie zabrać i wrócić z nimi, ale postanowiłam zostać do niedzieli. Więc 5-6 maja spędziłam w Bostonie. Mój 3 raz tam! Był to mega spokojny weekend, po prostu łażenie do Bostonie i odwiedzanie ulubionych miejsc tam! 

Nie mogę odkopać zdjęć z tego weekendu, nie mam pojęcia gdzie są. Znalazłam tylko to! haha.

Jeden z fajnych, ciepłych dni w maju <3 

Park w Irvington. Przepiękne miejsce! 



3 czerwca 2018 

Kolejna niedziela w Nowym Jorku, tym razem z Esterą i Kingą. Było mniej słonecznie, ale fajnie! Jak zwykle chodzenie bez konkretnego celu. Kawka, pizza, kolejna kawka.



I jeden z najbardziej popularnych budynków w Nowym Jorku. Flatiron Building! 


9.06.2018 
Kolejny super dzień z Patrycją. Wtedy byłyśmy na lunchu i oczywiście nie obyło się bez fotek! Bo sceneria była przepiękna. Nyack jest przepięknym miasteczkiem. 


17.06.2018 

Gdy po długim czasie spotkałam się z Olą. Zrobiłyśmy bardzo długi spacer i po 10 miesiącach dotarłyśmy na high line! Przepiękne miejsce spacerowe, a w tym miejscu kiedyś były tory kolejowe. 




Koniec czerwca 23.06 - 1.07  to mój drugi tydzień urlopu. Tym razem padło na Florydę i Puerto Rico. Urlop był najbardziej udany! Największe wrażenie wywarło na mnie Orlando i Park Harrego Pottera, jak na fankę przystało!



A to moje ulubione dwa z Miami <3 



Puerto Rico to Las Deszczowy i Cueva del Indio. Najpiękniejsze dwa miejsca!


Bilety do Polski są całkiem niezłe! Bo lecę z San Francisco do Amsterdamu i z Amsterdamu do Gdańska! Cała podróż to koło 16h! Więc mogło być gorzej, ale najśmieszniejsza w tym wszystkim jest cena tych biletów, gdy sprawdziłam ją w google flights, to bilet ten kosztował prawie 2400$$ HAHAHA! No cóż, agencję muszą mieć jakieś umowy z liniami, bo nie sądzę by kupowali, aż tak drogie bilety.

29.07.2018 spędziłam ostatni cały dzień z Olą w Nowym Jorku. Było to trochę smutne, ale naprawdę miałyśmy cudowny dzień razem. To własnie wtedy pierwszy raz odwiedziłam Top of the Rock.
Najcudowniejsza Ola! 

Bryant Park! 

Widok z Top of the rock naprawdę zapiera dech z piersiach, gdy widzisz wszystkie wieżowce z góry! 

 No i moje ulubione miejsce w Nowym Jorku, czyli Brooklyn Bridge i generalnie Brooklyn!

Trafiłyśmy na zachód słońca <3 


Travel Month 

Plan na mój travel month miałam już zanim wyjechałam do stanów. Zmieniły się może tylko dwa miejsca z pierwotnej listy! I uważam, że plan okazał się sztosem! Ponieważ zrobiłyśmy z dziewczynami ponad 6 tysięcy kilometrów, spędziłyśmy 2 tygodnie w samochodzie (nasz Tadeusz był naprawdę bardzo dobrym i grzecznym autem) i zobaczyłyśmy wiele cudownych miejsc, które teraz opiszę w skrócie.

Cała nasza podróż rozpoczęła się na lotnisku Newark w New Yersey! Z którego miałyśmy lecieć do Nowego Orleanu.
Nowy Orlean 

Urzekł mnie swoją dziwnością i kolorowymi, pięknymi budynkami. W NO na każdym kroku były sklepy z laleczkami voodoo i innymi amuletami. Było to mega dziwne, ale jednocześnie fajne doświadczenie zobaczenia czegoś takiego. W każdym takim sklepie był zakaz robienia zdjęć czy nagrywania czegokolwiek. Odwiedziłyśmy także Cafe Du Monde, która słynie z dobrej kawy i popularnych francuskich pączków podawanych na ciepło. Smakowały dla mnie jak faworki, trochę gorsze niż polskie, ale wciąż smaczne! 



Drugim punktem na naszej mapie był Teksas, a dokładniej San Antonio. Można powiedzieć, że to miejsce było na naszej liście, by zaliczyć Teksas i punkt rozpoczęcia przygody, bo tam wypożyczyłyśmy nasze auto.

Riverwalk. Najfajniejszy punkt w San Antonio. 



No i potem zaczęła się podróż życia, dosłownie! Pierwszy etap trasy był najgorszy i najdłuższy, bo jechałyśmy około 18h z San Antonio nad Wielki Kanion! Najstraszniejszy moment był gdy jechałyśmy przez New Mexico, naprawdę okolica za szybą, była na maksa creepy! A miałyśmy pomysł początkowo by jechać przez El Paso (pisałam licencjat o Meksyku, fabrykach montażowych, łamaniu praw człowieka itp), a podobno jadąc przez El Paso wszystko "widać". Ale szybko zmieniłyśmy zdanie po rozmowie z naszą hostką z couchsurfingu w Teksasie hahah!

Gracek technik-logistyk w pakowaniu auta. Ale nasz Tadeusz tamtego dnia stał się naszym domem, sypialnią, jadalnią i środkiem lokomocji haha <3 

# road trip cały na biało 

Wielki Kanion zrobił nam mnie przeogromne wrażenie! Cudowne miejsce! Marzenie spełnione 




Później dotarłyśmy do naszego domu czyt. parkingu pod Mcdonaldem i tam spędziłyśmy noc. Była to pierwsze noc w aucie, mycie włosów w łazience Maka, ale nie było źle!!  Z rana udałyśmy się do miasta Seligman i Kingsman. Oba miasteczka związane z historyczną Route 66.



Od razu stamtąd ruszyłyśmy w około 5h podróż do Monument Valley, ale z tego co pamiętam zajęło nam to trochę dłużej, bo były korki. Ale widoki były tego warte. Naprawdę było cudownie! Wszystkie skalne pomniki robiły ogromne wrażenie. I oczywiście szukałyśmy dobrego miejsca, by zrobić zdjęcie z tłem jak z Forresta Gumpa! 



kolejny stan zaliczony! 






Naprawdę Monument Valley to jeden z piękniejszych miejsc na ziemi!

W drodze powrotnej z Monument chciałyśmy kierować się już na Kanion Antylopy, by gdzieś zatrzymać się na parkingu i tak samo się przespać, ale gps postanowił nasz oszukać i wywiózł nas w kompletne middle of nowewhere. To był przerażający moment naszej podróży... ale koniec końców znalazłyśmy się w bezpiecznej lokalizacji.
Nie polecam gps z firmy HERTZ. 

Tego dnia miałyśmy umówioną wycieczkę własnie do Kanionu Antylopy.
Kolejny przykład na to jakie przepiękne rzeczy może zrobić natura




15 min od kanionu był kolejny punkt na naszej liście Horseshoe Bend. Pierwsza próba dotarcia tam zakończyła się niepowodzeniem, bo parking był pełny i policja blokowała wjazd. Ale za drugim razem się udało. Z parkingu musiałyśmy iść około 15 min, ale było tak gorąco, że to był ciężki marsz. Ale widok był tego warty




Nasza trasa szła bardzo sprawnie i tym samym szybciej dotarłyśmy do kolejnego punktu a nawet dotarłyśmy na kamping gdzie można było wziąć prysznic, więc czyste, pachnące i szczęśliwe ruszyłyśmy do Zion National Park. Byłyśmy tak późnym popołudniem i zrobiłyśmy krótki spacer do wodospadów, które niestety były w części zamknięte. Ale coś tam zobaczyłyśmy. Następnego dnia z samego rana ruszyłyśmy na hike Canyon Overlook, z którego rozciągał się cudownego widok na całą dolinę!



Po prostu widok zachwycający <3

A z Zion Park ruszyłyśmy do Las Vegas, którego zawiodło nas na maksa! Jedyną dobrą stronę Vegas był nocleg w Trump International Hotel, gdzie przez 1 dzień poczułyśmy się jak bogaczki. Zabrali nam auto, przynieśli bagaże do pokoju i w ogóle ą, ę. Było fajnie! Pewnie pierwszy i ostatni raz w życiu w 5 gwiazdkowym hotelu haha! Ale z racji, że w Vegas ceny hoteli są śmiesznie tanie, no to cóż.

Obowiązkowe zdjęcie jest! 


No i Caesar Palace - Kac Vegas :D 


Vegas totalnie mi się nie podobało. Jeden wielki cyrk i szopka. 

Stamtąd udałyśmy się do Doliny Śmierci. 



W tym momencie jeszcze było okej. Dante's View było spoko i nie odczuwało się takiego ciepła. Najgorsze było przed nami i nasz ostatni punkt w dolinie rozwalił nas totalnie. 


Jestem uśmiechnięta, ale prawie umarłam, by dojść do tego miejsca, które nazywa się Badwater i jak widzimy na zdjęciu jest to wyschnięty, słony obszar. I jest to totalna dolina śmierci. Temperatura tam wynosiła około 47 stopni tamtego dnia. Było strasznie, serio! Z parkingu spacer do tego miejsca trwał może z 15 minut w jedną stronę, ale była to droga do piekła. Nigdy więcej hahah! 

No i potem jechałyśmy w rytmach Highway to Hell do Los Angeles. Z perspektywy czasu to jedno z moich ulubionych miejsc, bardzo mi się podobało! 

Rodeo Drive! Mega fancy dzielnica i my! 

LACMA - Los Angeles County Musem of Art i tradycyjne lampy z instagrama. 

Jak na Kalifornię przystało wizyta w In&out obowiązkowe. I double-burger. Pycha! 

Beverly Hills


W końcu gwiazda znalazła swoje miejsce 

Różowa ściana także instagramowe miejsce zaliczone. 

That kind of friendship. Being weird. Always. 

Walk of Fame i mój ukochany Patrick <3 

Nastąpił czas na Santa Monice i Venice Beach. 
Venice okazało się moimi lovkami życia, totalnie miejsce mnie kupiło i aż ciężko było stamtąd wyjechać. 

Santa Monica Pier 



I miejsce w którym kończy się historyczna droga 66! 

California girl! 

A w tle widać skatepark, szacun dla wszystkich kolesi, którzy odczyniali tam różne cuda na desce! 

Pure Happiness <3  Venice tęsknie bardzo... 

A na koniec Malibu, które było spoko. Plaża jak plaża. 




I tym samym 3/4 podróży było za nami. Z Malibu pojechałyśmy do Sequoia Park. Gdzie natura znowu nas zaskoczyła!

 Dream team, nie mogłam znaleźć lepszych kompanów podróży. Było ciężko, niewygodnie, ale nie marudziłyśmy, tylko jechałyśmy dalej. Cudo!





Nie chciałabym dostać taką szyszką w głowę hahaha. 

Po pobycie w Sekwoja Park chciałyśmy jechać do Yosemite Park, ale niestety park ten wciąż walczył z pożarami i częściowo był zamknięty. I uznałyśmy, że nie ma sensu i szkoda czasu, by zobaczyć dym i zero ładnych widoków i tym samym plany spontanicznie się zmieniły i pojechałyśmy do Lake Tahoe! Które okazało się przepiękną alternatywą! 


 Kolor tej wody zachwycał na każdym kroku. Jezioro jest wielkości.. Warszawy :)





Lake Tahoe było przedostatnim punktem na naszej liście, ponieważ po pobycie w Lake Tahoe ostatni raz spałyśmy w aucie i udałyśmy się już w kierunku San Francisco, które było miejscem docelowym i wylotowym do Polski!

Niestety w San Francisco miałyśmy ogromnego pecha pogodowego, ponieważ było koszmarnie zimno, wietrznie i mgliście. Ledwo mogłyśmy zobaczyć Golden Gate Bridge, no ale cóż. Pech, pogody nie przewidzisz.
Więc San Fran było pierwszym miejscem w którym zaczęłam marudzić, bo gdy jest mi zimno to koniec.



Painted Ladies 


Golden Gate Bridge 




Santa Cruz, która była naszym przystankiem na trasie Highway 1. 

Naprawdę szkoda, że miałyśmy pecha i nie mogłyśmy doświadczyć tego San Francisco, którym wszyscy się zachwycają. Ale mimo pogody i tak mi się podobało, ale wciąż nie wierzę w zmianę temperatury między jedną, a drugą częścią Kalifornii.

Jestem z nas cholernie dumna, że udało nam się zrobić taką trasę! Trasę, która jest totalnym sztosem! I mamy na niej same perełki. Polecam każdemu takiego road tripa. Jest to męczące, ale warto dla widoków i wszystkich tych cudownych miejsc, no i zaoszczędziłyśmy bardzo dużo pieniędzy tym, że spałyśmy w aucie, na couchsurfingu czy tym, że nie jadłyśmy na mieście, tylko kanapki z masłem orzechowym i dżemem! Naprawdę nie zamieniłabym tych kanapek na nich innego, gdy miałam perspektywę zobaczenia tylu miejsc z naszej listy!
Było to idealne zakończenie mojego pobytu w Stanach.

Dorota wyjechała z San Francisco szybciej, a my z Kasią i Esterą ostatniego dnia jeszcze pojechałyśmy do więzienia Alcatraz. I wtedy Estera leciała do Nowego Jorku, a nas czekała prawie doba na lotnisku, by wrócić do Polski.
Nasz lot był całkiem niezły. San Francisco-Amsterdam-Gdańsk. Łącznie około 16h podróży, z czego 4h czekanie w Amsterdamie. Przeżyłyśmy <3   Ale 4 godziny dla nas to nic. Po tym pobycie jesteśmy zahartowane w czekaniu całej nocy na lotnisku, spaniu na podłodze czy niewygodnych ławkach. Jedzenie przez 2 tygodnie tylko kanapek z masłem orzechowym też nam nie straszne. Naprawdę takie podróże kształtują nas i nasz charakter! Jestem wdzięczna za te dziewczyny, z którymi spędziłam tego tripa, a także za wszystko co zobaczyłyśmy.


W Gdańsku czekała na mnie mama i moja Iza i Edyta. Naprawdę uczucie zobaczenia mamy i przyjaciółek po roku jest nie do opisania!



Podsumowanie mojego roku! 
Jeśli mogłabym podsumować program au pair to dalej uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu! Naprawdę nie żałuję. Oczywiście miałam wiele beznadziejnych dni, ale wciąż wiem, że było warto.


Po roku spędzonym w USA stałam się bardziej pewna siebie, samodzielna i jestem świadoma, że nie ma rzeczy niemożliwych, potrzeba tylko chęci i ciężkiej pracy!
Oczywiście podczas roku miałam wiele gorszych chwil i nie raz płakałam w poduszkę, bo było mi źle i chciałam wracać do domu i do swoich przyjaciół w Polsce. Ale później przychodził dzień, w którym byłam wdzięczna, że się odważyłam wyjechać i podjąć taką decyzję.
Jedni powiedzą, że to AŻ rok, ale po tym czasie mogę powiedzieć, że to TYLKO rok. Czas leci jak szalony i naprawdę nie wiem kiedy ten czas minął (oczywiście ostatni miesiąc ciągnął się w nieskończoność, gdy już byłam myślami na travel month).

Program Au Pair to prawdziwy rollercoaster emocjonalny. Jednego dnia tryskasz energią i jesteś najszczęśliwsza, a drugiego dopada Cię homesick i chcesz przepłakać cały tydzień. Program to dobre i złe chwile, ale po wszystkim pamięta się tylko o tych dobrych





Gracek! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gdy dopada homesick i zbliżają się święta

KUBA