KUBA


Cześć cześć i czołem!
Ten post będzie dotyczył mojego 1 tygodnia urlopu, który mi przysługuje w ramach programu Au Pair. Każda au pair ma 2 tygodnie płatnego urlopu podczas rocznego programu, wydaje mi się, że jest to 10 dni roboczych, ale zazwyczaj dokładane są do tego weekendy, więc mamy 2 tygodnie.

Moim kierunkiem na urlop była - KUBA, a dokładniej Havana <3
Lot z Nowego Jorku do Havany miałam bezpośredni, a w drodze powrotnej wracałam przez Miami ( do którego mam nadzieję, że wrócę).

Jeśli kogoś by to interesowało to bilety kupiłam już bodajże w październiku i kosztowały 337$, więc cena jest mega korzystna! Bo później było to już prawie 500$
Nocleg znalazłyśmy bardzo tanio, bo 9$ za noc! hahah! Cudo, żeby nocleg wszędzie był taki tani.

Na Kubie byłam od soboty do piątku.
Tyle z informacji wstępnych, a więc zapraszam do oglądania i czytania!



Kilka dni temu wróciłam z moich tygodniowym wakacji i próbuje zebrać myśli i sama sobie opowiedzieć jak było. Gdy ktoś ze znajomych pyta mnie jak było, że mam opowiadać itp to sama nie wiem od czego zacząć.
Było fantastycznie, tego jestem pewna.
Było to zupełnie coś innego niż do tej pory miałam okazję zobaczyć i doświadczyć. I na chwilę obecną uważam, że wyjazd na Kubę był o wiele lepszy niż wszystkie wycieczki w USA razem wzięte.

Od początku.
Lot do Havany był w miarę szybki, były to 3 godzinki z Nowego Jorku. Szybko minęło. I pierwsze co nas przywitało to : upał!  Właśnie na to czekałyśmy.
Po szybkim przebraniu się. Trzeba było wymienić gotówkę i znaleźć taksówkę, by dotrzeć do centrum Havany i naszego hotelu.
Z lotniska do centrum to jakieś 30 min jazdy i koszt około 25-30 CUC ( co z przeliczeniu to około 30$).








1 dzień był typowo zapoznawczy. Chodziłyśmy po okolicy, napawałyśmy się Havaną i klimatem. A także dowiedziałyśmy się jak bardzo Kubańczycy kochają blondynki… nie dało się przejść normalnie ulicą, bez gwizdów i specyficznego cmokania ze strony Kubańczyków haha! Nazwałyśmy z dziewczynami ich cmokaczami. Ci co byli na Kubie pewnie wiedzą o czym mówię.

1 dnia wypiłam pierwszą wodę kokosową prosto z kokosa i pierwsze kubańskie Mohito, które było słabe.




2 dnia chciałyśmy jechać do Vinales, ale panowie od taksówek powiedzieli nam, że już trochę późno i mamy jechać na dzień następny z samego rana!  Ale 2 dnia wybrałyśmy się na wycieczkę po Havanie i na plażę. Poznałyśmy naszego Pedro, z którym spędziłyśmy prawie cały wyjazd. Koleś, który ogarnął nam każdego dnia taksówkę itp. Mówił po angielsku i był  naszym przewodnikiem. Naprawdę mega dobrze, że trafiłyśmy na takiego człowieka.



Lepszego towarzystwa nie mogłam sobie wybrać! Naprawdę bardzo fajnie się dopełniałyśmy i miałyśmy razem dobry czas. 





3 dzień to Vinales.


To był najlepszy dzień ze wszystkich. Dostałam nową ksywę od naszego Pedro – zostałam Lotos flower girl.
A poza tym posmakowałam pierwszego w życiu cygara – nie było takie złe i nawet potrafiłam je ładnie rozpalić!


Wypiłam kubańską kawę prosto z plantacji, a także chciałam pojeździć na koniu. Ale mój koń chciał mnie zabić i w ogóle nie słuchał… serio się bałam i cała się trzęsłam, bo tylko mój koń odwalał manianę    . Dobrze, że w drodze powrotnej koleś, który był naszym „opiekunem, przewodnikiem” wsiadł ze mną. Inaczej serio wolałabym iść na pieszo. Ale mimo wszystko fajne doświadczenie!






Poza numer 5 w jaskiniach hahah! 

Fabryka cygar, jazda konna, jaskinie i niesamowita zieleń.




Vinales było przepiękne. Zielone, czyste, ciche – idealne miejsce na końcu świata, by odpocząć i zobaczyć zupełnie inne życie. Ciche i spokojne, gdzie ludzie utrzymują się z plantacji cygar i kawy. Co ciekawe i smutne jednocześnie, 60% swoich dochodów z plantacji kubańczycy muszą oddawać do rządu, 40% zostaje dla nich L

Dnia 4 wybrałyśmy się na plaże oddaloną o 2 godziny od Havany -  do Varadero.
Gdy tam dotarłyśmy nie wierzyłam własnym oczom. Było to najpiękniejsze miejsce na świecie. Ogromna plaża i ta woda… Boże ta woda! Dosłownie raj i grafika  Google hahahah






Spędziłyśmy kilka godzin na plaży robiąc zdjęcia i opalając się. A raczej spalając, bo każda z nas nieźle się spaliła. Później poszłyśmy na obiad i mohito.. skończyło się na 3. Ale było takie pyszne, że ciężko było wyjść z tamtej restauracji. Później posiedziałyśmy chwilę na plaży przy zachodzie słońca i nasz kierowca na nas czekał i wróciłyśmy do Havany. Był to kolejny cudowny dzień.

Dwa ostatnie dni spędziłyśmy już mniej aktywnie, bo chodziłyśmy sobie po Havanie, robiłyśmy zdjęcia i generalnie nic innego nie robiłyśmy. Pełen odpoczynek.







Havana i Kuba zaskoczyła mnie bardzo. Jest to ciężkie do opisania, bo pomimo ogromnej biedy, którą widać na każdym kroku, Kuba jest przepiękna. Ludzie nie mają nic, a cieszą się z życia tak bardzo, że powinniśmy się od nich tego uczyć. Dużo ludzi nie mówi po angielsku, ale i tak starają się Ci pomóc i wytłumaczyć po hiszpańsku. To było bardzo zabawne. Ale ten wyjazd dał mi motywację do kolejnego celu, który chce zacząć realizować.

Co ciekawe, żeby na Kubie wymienić pieniądze trzeba mieć przy sobie paszport inaczej nie wymienią Ci pieniędzy.
*Na Kubie nie ma Internetu tylko w niektórych miejscach można kupić specjalne karty, by móc z niego korzystać. Nam udało się je kupić w jednym z hoteli, gdzie za 5 CUC miałyśmy godzinę Internetu i mohito w cenie!
Ale to dobry detoks bez Internetu. Bo nie był nam aż tak potrzebny.
*Na Kubie często jest problem z ciepłą wodą i ciśnieniem pod prysznicem. Kąpałyśmy się często w zimnej wodzie, ale no cóż – przygoda. A z drugiej strony było tak gorąco, że było to przyjemne.
( Kuba nie jest dla księżniczek – przepraszam).

Wyjazd ten uważam za bardzo, bardzo udany. Nie sądziłam, że tak bardzo zakocham się w tym miejscu. W jego klimacie, pogodzie, ludziach i muzyce Latino, która była dosłownie wszędzie! I mogę polecać Kubę każdemu. Ciężko jest wrócić do normalności i szarej rzeczywistości i pracy L




PS.
Choć podróż powrotna dała nam nieźle z Kasią w kość. Miałyśmy lot z Havany do Miami, a potem z Miami do Nowego Jorku. Pierwszy lot był szybki, a drugi ciągnął się w nieskończoność, ponieważ trójka dzieci na zmianę ryczała i wrzeszczała całe 3h lotu… Naprawdę było to na maksa męczące. A oczywiście matki nic z  tym nie robiły. Wiem, że to tylko dzieci i dzieci płaczą, ale przez 3h non stop… no przepraszam. Już nawet załoga miała dość. Nie wyobrażam sobie wracać w takich warunkach 15h do Polski… chyba bym się zabiła tam.

A druga sytuacja siedziała za mną matka z dzieckiem. I dzieciak według mnie kopał mi w fotel i odwróciłam się i grzecznie zwróciłam uwagę, czy może przestać kopać mi w fotel. A matka z miną srającego kota na pustyni mówi do mnie, że on nie kopie tylko GRA W GRĘ na ekranie i uderza palcem… kurtyna. Guzik mnie obchodzi co robi, ale cały fotel mi się trzęsie. Oczywiście nie zwróciła mu uwagi, ale resztę lotu patrzyła na mnie jakbym jej coś zrobiła – amerykańskie matki…


Kuba jest cudowna! I wiem, że raczej nigdy już tam nie wrócę, ale chciałabym bardzo.

A na koniec jeszcze mój filmik, który udało mi się zmontować po wyjeździe
CUBA


Gracek.

Komentarze

  1. Podasz tu nazwę insta?

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny post!Zdjęcia są prześwietne!Zachęciłaś mnie do odwiedzenia Kuby!Mam nadzieję, że uda mi się tam polecieć.👍🏼😉

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Gdy dopada homesick i zbliżają się święta

Mój rok bycia Au Pair.