#gastro


A przed tym gdy wyjechałam do USA to...

spędziłam 3 lata w gastronomii. Miała być to praca na 3 miesiące po maturze, ale zatrzymałam się na zdecydowanie dłuższy czas. Praca jak praca, bywa lepiej, bywa gorzej, ale praca w gastro ma tych stron zdecydowanie więcej. I szczerze, gdyby nie cudowna ekipa pracowników, po 1 sezonie pewnie bym odeszła...
Ludzie z którymi spędzasz każdy dzień (w sezonie praktycznie pracowałam codziennie po 8h). Gdy codziennie widzisz te same twarze i pijesz z nimi poranną kawę i często popołudniowe piwo po pracy, to jednak łatwo można się przywiązać. Niesamowite w mojej pracy było to, że pracowały same dziewczyny na barze i na sali, a nie było żadnych większych spin. Oczywiście czasami ktoś burczał na siebie, ale chwilowo. I aż dziwne, że wszyscy się lubili (generalnie oczywiście). Pomimo tabaki, zapierdolu, nieprzyjemnych gości, nawet przepychanie kibla w dobrym towarzystwie jest lepsze hahah! W tym roku doszło kilku chłopaków, ale jednak przeważała babska załoga

 Praca z takim widokiem niczym wygrana na loterii - Gdynia 

Praca w gastro, nauczyła mnie cierpliwości, nauczyła mnie uśmiechania się do wrednych ludzi (choć w głębi leciały wszystkie możliwe wyzwiska), nauczyła mnie robienia 5 rzeczy na raz oraz nauczyła wielkiego szacunku do wszelkich pracowników w innych restauracjach czy knajpach. Chodzenie do restauracji już nie wygląda tak samo jak kiedyś....

Każdego dnia pięknie, każdego dnia inaczej 

Pomimo, że dni były ciężkie i kilka razy rzucałam tę pracę. To jednak było warto. 3 lata studenckie przepracowane w taki, a nie inny sposób dały mi dużo. Na pewno więcej samoorganizacji. Gdy inni mieli wolny weekend, ja biegłam do pracy, a miałam tyle samo do zrobienia na uczelnie co Ci którzy cały weekend leżeli w łóżku.

Po 3 latach poznałam wiele odmian buraków, Januszy i Grażyn, i szczerze już chyba nic mnie nie zadziwi.
Przecież to normalne, wejść w gaciach do restauracji (okej, byliśmy przy plaży, ale nie byliśmy beach barem czy czymś takim)
Przecież to normalne, zrobić aferę o nic, po to, żeby tylko się podrzeć.
Przecież to normalne, przebierać pieluchę dziecku na stole restauracji i gdy zwróci się uwagę matka wielce się oburza.
Przecież to normalne, wyzwać kelnerkę, bo danie zostało podane nie tak jak powinno, przecież to ona gotuje..
Przecież to normalne, gdy widzisz milion ludzi, pełną salę i pełen taras i oczekujesz, że Twój obiad wyjdzie w ciągu 10 min. I gdy mówi Ci się, że będziesz czekał godzinę to dostajesz gorączki i mówisz, że jesteśmy powaleni. Jak chcesz obiad w 10 minut, to jest inna znana restauracja Mc.
Przecież to normalne, gdy zamawiasz  dwa dania i pytasz czy podać wszystko w jednym czasie, a gość odpowiada, że tak, a potem robi aferę, że nie będzie jadł wszystkiego na raz.


i wiele innych.

Najgorsze jest to, że w restauracjach kelner musi zachować spokój i szanować gościa, chociaż byłby największym chu. Ale wiele razy, bardzo wiele, miałam ochotę wyzwać człowieka i powiedzieć, że ma.. spadać.


Najlepsze w pracy w gastronomii. Były wszelkie wyjazdy, wyjścia, wigilie czy wieczory pracownicze. Zupełnie inna odmiana. Jakby Ci sami ludzie poznawani na nowo, od innej strony. Gdy nie wyglądamy jak styrane świnki po zmianie, ale jak normalni, ogarnięci ludzie, którzy potrafią ze sobą rozmawiać o czymś innym niż o przyjmowaniu stolików, robieniu kawy czy wszechobecnej tabace.



No i tych mordek trochę brakuje mi tutaj, po drugiej stronie świata. <3


Kto nie pracował w gastro, ten nie zna życia. 
Gracek.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gdy dopada homesick i zbliżają się święta

KUBA

Mój rok bycia Au Pair.