Do czego muszę się przyzwyczaić...

Cześć!

Mamy środę. Dzieci są w szkole, a ja praktycznie leże na łóżku i nie wiem co ze sobą zrobić. Bo mam jeszcze około 3 godzin wolnego. Jestem tutaj taka rozleniwiona, że szkoda gadać. Moją aktywnością jest wyjście z psem na dwór, bądź pojechanie do miasta po kawę czy coś do jedzenia. Muszę się ogarnąć! I zacząć robić coś konkretnego w tych przerwach w pracy, a nie leżeć i jeść
+ robić zakupy online

Chciałam dzisiaj napisać o tym, do czego musiałam, albo wciąż muszę się przyzwyczaić będąc tutaj w Stanach. Nie są to jakieś duże sprawy, ale jednak towarzyszą mi każdego dnia, i bywają uciążliwe dla osoby, która nie jest do tego przyzwyczajona.


1. # Klimatyzacja  

 Oczywiście w Polsce też używamy klimatyzacji. Mamy ją w samochodach, sklepach i czasami w domu, ale tutaj jest ona wręcz nadużywana i włączona zawsze na maksymalnie najwyższy poziom. Gdy byłam jeszcze na Orientation to była to własnie 1 rzecz, która rzuciła się w oczy, a raczej moje ciało odczuło. Bo w pokoju hotelowym była lodówka i tak wiało, że nie dało się spać. Oczywiście dopiero drugiego dnia, ogarnęłam gdzie mogę ją wyłączyć.  Tak samo podczas zajęć na szkoleniu, wszystkie dziewczyny siedziały w bluzach, bo było po prostu zimno na sali, a babka prowadząca "Gorąco co? Musimy chyba jeszcze bardziej schłodzić salę". Mam wrażenie, że amerykanie mają inny poziom ciepła/zimna. Jest to fajne, gdy jesteś cały dzień na zewnątrz w upale i możesz wejść do zimnego domu czy sklepu. Ale jednak z drugiej strony, gdy wchodzisz w krótkich spodenkach do sklepu, a tak klima na maksa, to po kilku minutach masz ochotę po prostu uciec. hahah!

2. # Brak świateł przy drogach # długie światła 

Gdy zaczęłam tutaj jeździć samochodem, ogromną zmianą było dla mnie używanie auta z automatyczną skrzynią biegów. Ale szybko się przyzwyczaiłam. Lecz moim ogromnym ździwieniem jest brak latarni przy drogach. Gdy się jedzie jest po prostu ciemno jak w nie powiem gdzie!! I czuję się trochę niekomfortowo z tym, ale myślę, że to kwestia czasu.
A z drugiej strony mega męczący są inni kierowcy, którzy jadą z naprzeciwka i oślepiają Cię długimi światłami..... Nie mogę tego zrozumieć, w Polsce jest to zabronione i kierowcy wiedzą, że gdy ktoś jedzie z naprzeciwka to powinni długie światła wyłączyć. Ale tutaj jest chyba inaczej.

3. # Sprzątaczka i panowie ogrodnicy 

Są to dwie kolejne rzeczy, które nie są niczym specjalnym w dzisiejszych czasach, ale jednak jest mi ciężko się przyzwyczaić. Gdy ktoś puka mi do drzwi i pyta czy może zmienić mi pościel i umyć podłogę hahha! W sensie jest to bardzo wygodne, bo ja nie muszę tego robić, ale wciąż, ja czuję się niezręcznie.
Tak samo z ogrodnikami. Gdy nie wiedziałam jeszcze, że oni do nas przychodzą, siedziałam sobie w pokoju i bawiłam się z najmłodszym chłopcem, gdy nagle za szybą wyskoczył mi koleś i popyla sobie po naszym ogrodzie i robi przeraźliwie głośny hałas kosiarką. Szczerze? Po prostu się wystraszyłam. Bo pojawił się w ciągu sekundy i w ciągu drugiej zaczął hałasować. A w domu było bardzo cicho.

4. # Podatek w sklepach 

Tak jak wszyscy chyba wiedzą, podatek do towaru w USA naliczany jest dopiero przy kasie.
Więc jak widzicie na metce, że koszulka kosztuje 10$ to tak naprawdę zapłacicie za nią 10 $ z hakiem.
Niby nic. Ale jednak jest to męczące i ciągle o tym zapominam! I zawsze się dziwie, że zapłaciłam więcej nić myślałam.
Jakby nie mogli dodać już tego podatku od razu. No, ale co kraj to obyczaj, prawda?

5. # Problem z kupieniem 1 puszki coli   #Kwestia alkoholu 

Hahahhaha! To czasami jest problematyczne, gdy wchodzisz do supermarketu i wszystkie napoje pakowane są po minimum 10 sztuk. Oczywiście znajdzie się pojedyncze sztuki, ale przeważają te pakowane po sztuk kilka, kilkanaście. Jest to wkurzające bardzo!

Drugą sprawą jest alkohol w sklepach.
W marketach i mniejszych sklepach spożywczych alkoholu nie kupimy. Tylko piwo, ale też nie zawsze. A jeśli znajdziemy już piwo to tak samo jak wyżej, minimum 6 butelek.
Jeśli chce się kupić na przykład wino, to trzeba szukać sklepów typowo z alkoholem "Wine&liquor" - zazwyczaj się nazywają.
Ale z nimi też trzeba uważać, ponieważ jak byłam w jeden weekend u Oli w mieście. To koło 20 wszystko było pozamykane. I ciężko było znaleźć jakiś otwarty.
To nie Polska z monopolowymi 24/7 czy Żabką na każdym kroku hahahha!


Tak jak pisałam na początku, z jednej strony są to pierdoły. Ale z drugiej bywają uciążliwe.
I po prostu trzeba się do nich przyzwyczaić :)

Fotka z ostatniej wolnej niedzieli, gdy ubrałam moją ulubioną koszulę :)

Pozdrawiam 
Gracek. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój rok bycia Au Pair.

KUBA

Ponad 5 miesięcy